PREZYDENTURA WIZERUNKOWA

PREZYDENTURA WIZERUNKOWA

Rocznica, to dzień przypadający dokładnie w rok, dwa, trzy itp. lata po jakimś ważnym wydarzeniu, a za takie w naszym lokalnym środowisku z pewnością można uznać zmianę pokoleniową, jaka dokonała się w rzeszowskim ratuszu dokładnie 365 dni temu. Po prawie dwóch dekadach sprawowania urzędu Prezydenta Miasta ze stanowiska zrezygnował Tadeusz Ferenc oddając ster władzy Konradowi  Fijołkowi, zwycięzcy wyborów uzupełniających a jednocześnie swojemu wieloletniemu pobratymcy i oddanemu dowódcy własnego ugrupowania radnych. Jaki zatem był ten rok w wykonaniu Prezydenta Fijołka? Co udało się zrobić a czego nie? Co można było zrobić lepiej a czego nie warto było robić wcale? – czas na rocznicowe podsumowanie.

Odnieść się do osiągnięć Konrada Fijołka w pierwszym roku jego prezydentury bez bez przywołania wspomnień zarówno z okresu prowadzonej przez niego kampanii wyborczej jak i z czasu kiedy pełnił on role prominentnego Radnego i entuzjasty polityki Tadeusza Ferenca, to jak odwiedzić turystycznie Rzeszów i nie zobaczyć tutejszego Rynku wraz z Ratuszem – zwyczajnie nie wypada. Bo Konrad Fijołek to przede wszystkim jego przeszłość i stojące za nią lekceważenie oraz obojętność na wszystkie te sprawy, z którymi dziś on sam próbuje się utożsamiać. 

Kampanijne katharsis

Do kampanii wyborczej, skupiającej uwagę całej Polski, Konrad Fijołek przystępował bez poparcia swojego patrona, który w roli nowego prezydenta widział nie jego, ale raczej vice-ministra sprawiedliwości Marcina Warchoła. Hasłem kampanijnym stał się slogan „Rzeszów jest najważniejszy” a motywem przewodnim, atmosfera wojny i nieustanne nawoływanie swoich sympatyków do rychłej walki o miasto. Tym co miało przemawiać za wyborem Fijołka było nie tylko poparcie całej antyPiS-owej opozycji, ale i samorządowe doświadczenie oraz rzeszowski rodowód, znajdujący przełożenie w najlepszej spośród reszty kandydatów znajomości miasta i jego problemów.

Na wiecach wyborczych i spotkaniach z dziennikarzami a także w trakcie debat medialnych, późniejszy zwycięzca rzeszowskiego głosowania skupiał się głownie na przyszłości, w której to Rzeszów jawił się jako miasto mające ambicje bycia w awangardzie tych ośrodków miejskich, które najlepiej łącza nowoczesność technologiczną i infrastrukturalną z potrzebą adaptacji do zmian klimatycznych. Była zatem mowa o takich proekologicznych osiągnięciach współczesnych polityk miejskich jak: instalacje wody szarej, mała retencja, renaturalizacja cieków wodnych, parki kieszonkowe, programy wymiany źródeł ciepła, wyspy wysokiej zieleni, strefy niskoemisyjne czy systemy sprzyjające użytkownikom alternatywnych środków miejskiego transportu itd. Wszystkie te zagadnienia są oczywiście mądre i właściwe, aczkolwiek, kompletnie tracą na znaczeniu i wiarygodności kiedy proponuje je mieszkańcom gremium decydentów, któremu ich istnienie było dotychczas całkowicie obojętne. Ten brak choćby najmniejszej próby zbilansowania dokonań byłego już Prezydenta i starcia się z negatywnymi rezultatami jego urzędowania uderzał najbardziej w przekazie kampanijnym serwowanym nam przez nowego Prezydenta. Aktywiści i mieszkańcy, nieco bardziej zorientowani w realiach politycznych rzeszowskiego magistratu przecierali oczy ze zdumienia, kiedy z ust otwarcie zdeklarowanego zwolennika jednowładczej idei „ferensizmu”, płynęła nagle odwrócona o 180° narracja, budowana jak nigdy dotąd wokół zwykłego mieszkańca, którego potencjał, dorobek, doświadczenie i pasje miałyby się od teraz stać fundamentem procesu decyzyjnego w mieście. Budziło to w naturalny sposób podejrzenia o wiarygodność i autentyczność kandydata, który tak łatwo i tak szybko zmienia swoją dotychczasową wizje Rzeszowa. Zamiast więc autorefleksji i jednoznacznego postawienia grubej kreski byliśmy świadkami jedynie udawania, że przeszłości niebyło a samemu jest się człowiekiem znikąd, który o zaszczyt bycia Prezydentem aspiruje z białą, czystą kartą, kompletnie nieskażoną takimi wydarzeniami jak choćby liczne głosowania za prywatyzacją kluczowych dla Rzeszowa rejonów Wisłoka, obojętność na liczne sygnały od mieszkańców dręczonych spolegliwością władz wobec deweloperów czy też zbojkotowanie głosowania za przyjęciem uchwały obywatelskiej o dostępie do informacji przestrzennej. Płytkie tłumaczenia o bezradności, niewiedzy oraz odcinanie się od odpowiedzialności za to co w Rzeszowie złe, nieodwracalne i minione tylko wzmogły ten przykry efekt kalkulacji politycznej.

Takie podejście do poważnego rozliczenia z przeszłością, brutalnie gwałcące intelekt trochę bardziej pamiętliwego odbiorcy, zmaterializowało się ostatecznie w symbolicznym przemianowaniu nazwy klubu radnych Rozwój Rzeszowa, z którego wywodził się K. Fijołek, na nowy, lepszy i w domniemaniu jeszcze bardziej ekspercki poziom. Cała rzesza radnych spod znaku Tadeusza Ferenca, lojalnie i bezkrytycznie wspierająca przez długie lata swojego pryncypała, ośmielona łatwością z jaką daje się uciec od dotychczasowych przekonań, przeszła podobnie efekciarskie oczyszczenie. Chełpiąc się nowym szyldem pt. „Rozwój Rzeszowa 2.0”, całkowicie zapomniano, że zaufania trochę mniej naiwnego suwerena nie może budzić zmienność politycznych poglądów, szczególnie jeśli rodzi się ona w trakcie kampanii, nie towarzyszy jej żadne racjonalne słowo wyjaśnienia i jeśli ledwie trzy miesiące wcześniej myślało się i głosowało całkowicie wbrew założeniom tej metamorfozy.

W imię więc tej niespodziewanej i trudno wytłumaczalnej przemiany ideowej, popularyzowano w trakcie kampanii zmianę filozofii sprawowania władzy. Zaproponowano przejście z dominującej za Tadeusza Ferenca formuły rządzenia twardą i stanowczą ręką na tę opartą o menadżerskie zarządzanie. Już wkrótce sztandarową stać się miała dewiza o nowym bo obywatelskim spojrzeniu na miejski organizm. W centrum zainteresowania rzeszowskiej władzy zamiast inwestorów mieszkaniowych, mogących od tylu lat liczyć na jej przychylność i zgodę, miał się teraz znaleźć człowiek i jego podmiotowe a nie jak do tej pory, przedmiotowe istnienie. Bo jak mawiał nowy Prezydent, kiedy już doścignęliśmy infrastrukturalnie świat, czas teraz spojrzeć na potrzeby zwykłego obywatela.

Rzeszów epoki Tadeusza Ferenca

Taki też na wskroś „inwestorski” był Rzeszów epoki Tadeusz Ferenca i jego Radnych, odziedziczony w drugiej połowie czerwca ubiegłego roku przez nowego Prezydenta. Miasto z jednej strony czyste i zadbane, z wysokim wskaźnikiem bezpieczeństwa, dodatnim przyrostem naturalnym i saldem migracji oraz dynamicznie rosnącym tempem wzrostu lokalnej gospodarki, pozostawało jednak w powszechnej opinii znane z tego, że tak naprawdę z niczego nie było znane. Ukuł się wręcz termin miasta wydmuszki albo pisanki, która piękną pozostaje jedynie na zewnątrz, w jej środku jednak króluje pustka. Priorytetowe więc stawały się tylko te inwestycje, zarówno publiczne jaki i prywatne, których często nawet nie sama realizacja lecz po prostu zwykła prezentacja, gwarantowałaby określony efekt medialny, wywołując u odbiorcy wrażenie nadzwyczajności. Nie miało większego znaczenia systemowe podejście do zarządzania miastem oparte o kluczowe dla niego dokumenty strategiczne oraz przekonanie, że to nie w tym co widać, lecz wręcz przeciwne w tym co ukryte i co nie daje się tak łatwo sprzedać, tkwi skuteczność w administrowaniu zasobem miejskim. Nowoczesny i pachnący tabor autobusowy poruszający się według niereformowanej od lat siatki komunikacyjnej, monorail bez uzasadnienia ekonomicznego, najwyższy w Polsce pylon mostowy rozpostarty nad równie monstrualną bieżnią przeprawy mostowej, nadwisłoczańskie drapacze chmur budowane na terenie zalewowym czy trudna do pokonania dla osób z ograniczeniem ruchowym okrągła kładka, to tylko kilka przykładów jedynie wizualnie atrakcyjnych osiągnięć Rzeszowa, które z racjonalizmem gospodarczym nie mają za wiele wspólnego. Realne problemy miasta i dążenie do ich optymalnego rozwiązywania przegrywały starcie z propagandą sukcesu i PR-ową potrzebą budowy w świadomości mieszkańców, mocarstwowego wizerunku metropolii podkarpackiej i miasta przyszłości.  Kompletnie nieuzasadniony mit stolicy innowacji budowano w oparciu o mało nowatorskie i generalnie obecne w Polsce, dzięki pieniądzom z UE, inwestycje drogowe, mostowe czy edukacyjne, zapominając o bogatej ofercie kulturalnej, szerokiej gamie miejsc rozrywki i rekreacji, terenach zielonych czy alternatywie transportowej skutecznie motywującej mieszkańców do porzucenia prywatnych środków komunikacji.

W końcu pod tą codziennie lukrowaną fasadą miasta „miłego dla oczu” budzić się zaczęły koszmary. Trzy najczarniejsze spośród nich to: zupełna ignorancja przestrzenna i prymat budowania, swobodny rozchód miejskich gruntów i niekontrolowana ekspansja terytorialna Rzeszowa.

Zatrważający, to przymiotnik który najlepiej oddaje  stopień lekceważenia przez byłego Prezydenta i jego radnych porządku przestrzennego w Rzeszowie:

  • ledwie 16% pokrycia powierzchni miasta planami miejscowymi (najmniej w Polsce),
  • nie więcej niż 120 [ha] (mniej jak 1% powierzchni miasta) przewidziane planistycznie pod budownictwo wielorodzinne,
  • tylko 311 [ha] planów miejscowych (2,4 % powierzchni stolicy podkarpacia) formalnie zabezpieczających istnienie w Rzeszowie terenów zielonych,
  • ponad 2 500 [ha] planów miejscowych pozostających w opracowaniu od 10 lat i dłużej,
  • nierealizowanie rekreacyjnego celu wywłaszczenia gruntów nad Wisłokiem,
  • odstąpienie od prawa ich pierwokupu w momencie otrzymania decyzji zwrotowej i późniejsza rezygnacja z możliwości ich wywłaszczenia,
  • 20 lat funkcjonowania wadliwego Studium Przestrzennego bez precyzyjnego wskazania miejsc, które winny być kategorycznie chronione przed zabudową,
  • kulejąca ogólnodostępność informacji przestrzennej
  • brak rejestru oraz  opiniowania eksperckiego decyzji o Warunkach Zabudowy pod kątem ich zgodności z dokumentami strategicznymi i planistycznymi Rzeszowa.

To lista najbardziej kardynalnych grzechów przestrzennych byłych władz naszego miasta, która w połączeniu z dowolnością interpretacyjna takich pojęć jak zasada dobrosąsiedztwa, strefa bezpośredniego oddziaływania obiektu czy ład przestrzenny, doprowadziła do tego, że zatarciu uległy w Rzeszowie pierwotnie opracowane założenia urbanistyczne, mające za zadanie kierunkować rozwój miasta i podnosić komfort w nim życia. Skoro za rządów byłego Prezydenta i lojalnych mu radnych budowanie urosło do rangi takiej wartości, że szukając usprawiedliwienia dla kolejnych przedsięwzięć inwestorskich bagatelizowano nie tylko dobro ogółu, ale i doradczy głos ekspertów, wcale nie powinna nas dziwić niedawna opinia prof. Piotra Lorensa, urbanisty z Politechniki Gdańskiej, który opisując Rzeszów użył jednoznacznego stwierdzenia, o tym iż „rzadko spotyka się tak niezaplanowane miasto”.

Dopełnieniem tej bezmyślności planistycznej rzeszowskiego magistratu był sposób dysponowania publicznymi działkami. Jak bowiem pokazuje analiza Porozumienia Razem dla Rzeszowa, bilans rozchodu gruntów na przestrzeni dwóch minionych dekad jest dalece niekorzystny dla samorządu Rzeszowa i wynosi aż minus 544 [ha]. Spośród nich ok. 400 [ha] to grunty zwrócone spadkobiercom bądź ich następcom prawnym, w związku z niewykonaniem celu publicznego pod jaki te tereny były kiedyś wywłaszczone. Pozostała część publicznego terenu została zbyta w sposób trwały za pomocą uchwał Rady Miasta  wyrażających na wniosek Prezydenta, zgodę na różnego rodzaju transakcje gruntowe (zamiany, sprzedaże przetargowe i bezprzetargowe, oddania w wieczyste użytkowanie). Przy tak nieracjonalnie prowadzonej gospodarce mieniem gruntowym gminy i przeważającym udziale własności prywatnej  w ogólnym rozrachunku powierzchni miasta, trudno o optymizm co do możliwości rozsądnego zagospodarowywania przestrzeni w przyszłości. Bez wystarczająco rozległej powierzchni wolnych gruntów publicznych, zdolność tworzenia miejsc i obiektów służących mieszkańcom na działkach prywatnych, zawsze ograniczać się będzie do ich wykupu lub wypłaty sowitych odszkodowań, co z wiadomych względów będzie mieć wpływ nie tylko na czas, ale i koszt realizacji procesu inwestycyjnego.

W kontekście schedy po prawie dwóch dekadach rządów ugrupowania Rozwój Rzeszowa Tadeusza Ferenca trudno nie wspomnieć o administracyjnym powiększaniu miasta. Stosując bowiem politykę zaboru a nie partnerstwa i antagonizując ościenne gminy powiększono obszar stolicy podkarpacia ponad dwukrotnie, co jednak nie szło w parze z równie spektakularnym wzrostem liczby jej ludności, bo tej przybyło ledwie 10%. Skutkiem tego granice Rzeszowa znalazły się daleko poza istniejącą infrastrukturą miejską a sama aglomeracja stała się jednym z najsłabiej zaludnionych miast wojewódzkich (1520 os./km2) z ponad 55%-owym udziałem gruntów rolnych w swojej powierzchni.

Ten brak strategicznego myślenia determinującego pożądany kierunek rozwoju terytorialnego miasta i chaotyczne działanie, niepoparte żadna głębszą analizą jego celowości nie mogło oczywiście pozostać obojętne dla budżetu miasta, który rok do roku musiał znosić coraz większe obciążenia związane z kosztem utrzymania i uzbrojenia infrastrukturalnego terenów przyłączonych. Efektem działania na zasadzie byle więcej i aż do skutku są dane analityczne dotyczące kondycji finansowej miast wojewódzkich przygotowane przez Porozumienie Razem dla Rzeszowa. Na koniec roku 2020, Rzeszów pozostawał w ścisłej czołówce miast z największym zadłużeniem (65%) w relacji do dochodów, nadwyżka zaś operacyjna czyli zdolność miasta do bieżącego regulowania zobowiązań, w przeliczeniu na jednego mieszkańca wynosiła 200 zł i była czwarta od końca w kraju. Co równie istotne procentowy wzrost dochodów ogólnych pomiędzy latami 2002 i 2020 (414%) był porównywalny do przyrostu dochodów jaki w badanym czasookresie zanotowały inne miasta w Polsce, z tym, że nie zmieniały one swoich granic terytorialnych tak jak czynił to Rzeszów, zwiększając w ten sposób choćby wpływy z podatku od nieruchomości.

Prezydentura bardziej słowa czy czynu?

W takich oto okolicznościach na najwyższy urząd w mieście wstępował, wybrany na specyficzną bo tylko dwuletnią kadencje, Konrad Fijołek – absolwent szkoły Tadeusza Ferenca i uosobienie nadziei zjednoczonej za jego sprawą opozycji na rychły triumf w wyborach parlamentarnych. Jego pomysł na Rzeszów zamknął się w 209 obietnicach ogólnomiejskich i 140 obietnicach osiedlowych tzw. kontraktach, których wykonanie, raz na kwartał, skrupulatnie weryfikuje Porozumienie Razem dla Rzeszowa. Liczbowo więc, po upływie roku, skuteczność nowego Prezydenta kształtuje się na poziomie 28% w przypadku obietnic ogólnomiejskich i 24% w przypadku kontraktów osiedlowych. Pamiętać jednak należy o tym, że nie zawsze ilość zrealizowanych zobowiązań musi przekładać się w ich jakość i faktyczne znaczenie tego co już udało się zmienić w mieście. Bo choć z pozoru ta wartość prezydenckiej skuteczności wydaje się satysfakcjonować pospolitego odbiorcę to jednak trudno nie ulec wrażeniu, iż w trakcie pierwszego roku swojego urzędowania nowy Prezydent skupiał się głównie na działaniach miękkich i bardzo miękkich, potocznie nazywanych „drobnicą”, która w normalnych okolicznościach powinna być jedynie efektem codziennej pracy urzędniczej, bez konieczności angażowania w jej wykonanie, sprawnego i predestynowanego do zupełnie innych zadań menadżera, za którego chce uchodzić nowy Prezydent.  Tymczasem niejako przesłaniając poważniejsze tematy, jak na rasowego polityka przystało, Prezydent Fijołek uskuteczniał wielokrotnie kosmetyczne i tanie w realizacji aktywności. Ich nośny medialnie charakter i zdolność do łatwego opowiedzenia były sposobem na wykreowanie wizerunku „znajomego z sąsiedztwa”, który absolutnie nie robi niczego ponad to czego aktualnie oczekują od niego mieszkańcy a balansując jak najbliżej punktu równowagi aby nikogo do siebie nie zrazić, pozostawia sprawy trudne i krytyczne dla miasta nierozwiązanymi.

Mieliśmy zatem szeroką kampanie decyzji „na EKO”, dotyczących sadzenia drzew i urządzania skwerów ulicznych, czym notabene jako Radny nowy Prezydent kompletnie się nie zajmował. Zrezygnowano ze stosowania chemicznych oprysków na komary, budowano trzmielowiska, psie parki, łąki kwietne oraz budki dla jeży i jeżyków. Wprowadzono również nakaz koszenia miejskich trawników jedynie do wysokości 5 cm, powołano do istnienia Komisje Środowiska a także uruchomiono program „Małej Retencji”, który jeszcze kilka lat temu nie wzbudził większego zainteresowania wśród elit rzeszowskiej władzy. Decyzje te, choć same w sobie uznać można, za chwalebne, kompletnie tracą na znaczeniu i staja się marginalnymi jeśli wziąć pod uwagę wcześniejsze podejście do zieleni w mieście i rangę niezrealizowanych dotychczas celów „przyrodniczych” jakie samorząd Rzeszowa zobowiązał się wykonać uchwalając w 2015 roku ważną jeszcze tylko przez dwa lata strategie rozwoju miasta.

W ramach wyprowadzenia ruchu samochodowego ze ścisłego centrum mieliśmy do czynienia z częściowym zablokowaniem  krótkiej ul. Joselewicza i 50-metrowego odcinka ul. Mickiewicza. Ponadto przez tydzień niedostępna dla ruchu samochodowego była ulica Jagiellońska. Samochody usunięto sprzed ratusza, w wielu miejscach pojawiły się uniemożliwiające parkowanie przeszkody a kosztem 5 – miejsc postojowych na chodniku wzdłuż początkowego odcinka ul. Słowackiego ustawiono ławki i donice z roślinnością. Wobec rosnącej nieustannie liczby samochodów wjeżdżających do miasta, malejącej z roku na rok liczby pasażerów MPK, rosnącym koszcie jego utrzymania, podwyżkach cen biletów i braku ich integracji a także wobec chaosu parkingowego w śródmieściu, który trwa w najlepsze, nie da się niestety ukryć, że ciężar gatunkowy tych decyzji, delikatnie mówiąc jest trudny do zaakceptowania. Pewną nadzieje daje zapowiedź reorganizacji transportu publicznego poprzez optymalizację linii autobusowych, rozkładów jazdy i taryf biletowych, która ma się wydarzyć w Rzeszowie…końcem 2024 roku.

Z pewnością za spory plus należy nowemu Prezydentowi poczytać rozszerzenie oferty kulturalnej miasta i potrojenie nakładów na kulturę, która traktowana była przez poprzednie władze po macoszemu, o czym może świadczyć kilkuletnie okupowanie przez Rzeszów ostatnich miejscach w rankingach wielkości budżetowych dotacji na ten element polityki miejskiej. Na kulturalnej mapie Rzeszowa pojawiła się nowa lokalizacja – Rzeszowskie Piwnice – która poza funkcją typowo turystyczną pełnić ma również role interaktywnej instytucji kultury. Takie z kolei wydarzenia jak cykl wakacyjnych imprez „Atrakcje na wakacje”, festiwal kulinarny „Karpaty na Widelcu” czy zestaw koncertów muzycznych „Letnie brzmienia” stanowią z jednej strony urozmaicenie życia kulturalnego w mieście z drugiej zaś doskonałą okazje do pokazania się dla Prezydenta i np. do publicznego zagrania na perkusji. Nie od dziś przecież wiadomo, że „chleba i igrzysk”, potrzeba ludowi.

Tym co również nie może pozostać przemilczane jest prezydencka chęć budowy społeczeństwa partycypacyjnego czego przejawem było np. powierzenie wykonawstwa części zadań publicznych organizacjom pozarządowym. Powołano do istnienia całe spektrum różnego rodzaju rad społecznych, od tej biznesowej przez kulturalną, sportową po radę kobiet i seniorów, o których działalności i osiągnięciach mamy nadzieje dowiadywać się na bieżąco. Nowego statutu, podnoszącego ich rangę i dedykowanego budżetu, pomimo obietnic, nie mogą się jednak wciąż doczekać podstawowe i najważniejsze jednostki opiniodawcze przy Prezydencie czyli Rady Osiedli.

Cieniem na prezydenturze Konrada Fijołka szczególnie z punktu widzenia tych wszystkich stowarzyszeń, prowadzących całymi latami kosztowną walkę w sądach o poszanowanie własnego interesu przez przychylne deweloperom organy miasta, kładzie się kontrowersyjne nadanie tytułu honorowego obywatela miasta swojemu poprzednikowi. Nazwanie go przy tym w stosownej laudacji „prezydentem dialogu społecznego, dla którego tenże dialog stał się swoistą misja jego prezydentury” można traktować w kategoriach policzka wymierzonego przez Konrada Fijołka tym wszystkim, którzy zmuszeni byli znosić apodyktyczny charakter Prezydenta Ferenca. Ostatecznym dowodem braku chęci nowej głowy miasta na jednoznaczne zerwanie z własną przeszłością było „zagospodarowanie” 82-letniego Prezydenta w roli członka zarządu jednej ze spółek miejskich.

Sporą część obietnic wyborczych Konrada Fijołka stanowiły twarde inwestycje, zarówno te drogowe jak i wysokokubaturowe. Są wśród nich:

  • cztery parkingi wielopoziomowe na obrzeżach centrum miasta
  • dwa mosty na Wisłoku
  • cztery wiadukty nad torami,
  • stadion lekkoatletyczny,
  • stok narciarski,
  • Aquapark,
  • kryte lodowisko,
  • nowa siedziba Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej,
  • centrum kulturalno-kongresowe
  • obwodnicy południowa i jej przedłużenie aż do węzła autostradowego Rzeszów Wschód
  • Wisłokostrada,
  • przedłużenie Krzyżanowskiego,
  • łącznik Krakowska- Warszawska
  • przedłużenie Sieciecha do Lwowskiej,
  • tunel Pobitno
  • łącznik Przemysłowa – Staroniwska

Szacunkowy koszt realizacji tej długiej listy rzeszowskich przedsięwzięć to jak wyliczyło Porozumienie Razem dla Rzeszowa prawie 2,5 mld zł.!!!!. Ile z tych pomysłów znajduje się obecnie w fazie rozpisywania przetargu na wybór wykonawcy? Odpowiedź jest prosta – żaden. Niestety mając świadomość tego jaki był stan finansów miasta w momencie składania tych wszystkich obietnic nie da się tego wyniku usprawiedliwić jedynie kryzysem uchodźczym, wzrostem kosztów bieżących i centralizacją władzy w kraju, skutkującej mniejszymi wpływami do budżetu samorządów. Poza uzyskaniem częściowego dofinasowania z rządowego Programu Inwestycji Strategicznych na rozbudowę ulicy Warszawskiej i w 1/3 na budowę Wisłokostrady (wątpliwe jest jej dalsze dotowanie tym razem z Krajowego Planu Odbudowy ze względu na sporą ingerencje w środowisko przyrodnicze) Prezydent Fijołek może pochwalić się asygnowaniem miejskich środków finansowych głównie na koncepcje, studia wykonalności i projekty budowlane (Wiadukt Wyspiańskiego, Wiadukt Powstańców Warszawy, Aquapark) a takowych Rzeszów ma już cały szereg, bo szacuje się, licząc począwszy od 2015 roku, że władze Rzeszowa marnują średnio ok. 1 milion złotych na nietrafione pomysły inwestycyjne.  

Lekarstwem na degrengoladę przestrzenną w Rzeszowie miało być powołanie Architekta Miasta, osoby, która posiłkując się swoim doświadczeniem i autorytetem oraz sprawując nadzór nad pracą zarówno Wydziału Architektury jak i Biura Rozwoju Miasta byłaby w stanie stanąć na straży porządku przestrzennego w Rzeszowie. W listopadzie ubiegłego roku Architektem Miasta został Janusz Sepioł, krakowski architekt i były marszałek województwa małopolskiego. Prezydent tak samo szybko jak spełnił swoją obietnice wyborczą tak samo i prędko całkowicie stłamsił role miejskiego architekta, pozbawiając go większości narzędzi realnego wpływu na sytuację przestrzenną w gminie. Zamiast uczestniczyć w negocjacjach z deweloperami na temat przyszłego zagospodarowania kluczowego dla wizerunkowości Rzeszowa rejonu ulicy Podwisłocze i nadzorować prace nad nowym studium przestrzennym, Architektowi Miasta nakazano zająć się  poszukiwaniem sposobu na godne upamiętnienie obecności getta żydowskiego w Rzeszowie oraz przedstawić propozycje nowego zagospodarowania parkingu pomiędzy obydwiema synagogami. A kiedy zdarzyło mu się nieopacznie udzielić wywiadu, w którym odnosząc się do przypadku stolicy podkarpacia zaczął nazywać pewne rzeczy po imieniu, mówiąc o wypadających trupach z szafy, nabijaniu prywatnych kieszeni i wcale nie tak olbrzymich odszkodowaniach za planistyczne zabezpieczenie przez miasto newralgicznych aczkolwiek prywatnych przestrzeni, to wysłano go na…”reedukacyjne” zwolnienie lekarskie. Niestety wymowną w tym kontekście była również nieobecność, „właściciela” obszaru zarządzania przestrzenią Rzeszowa na spotkaniu prezentującym założenia nowego Studium Przestrzennego.

Tymczasem rozmowy na temat Podwisłocza przejął sam Prezydent. Co prawda wejście do dyskusji było mocne, bo już na jej na wstępie zaprezentowano zielony plan dla tej okolicy, jednak bardzo szybko wycofano się z tego pomysłu powracając na z góry upatrzone pozycje, za czym przemawiały rzekomo horrendalne odszkodowania jakich wypłaty mogli by się domagać deweloperzy w razie uchwalenia tego planu. Słowo „rzekomo” pasuje do opisywanej sytuacji najlepiej, bo nawet w obliczu licznych wątpliwości natury prawnej co do legalności wydanych dla tego terenu decyzji administracyjnych, nie zdecydowano się na podjęcie próby ich oceny przez niezależny organ administracyjny, nie wspominając już o stosownej analizie prawnej.

Wreszcie samo studium przestrzenne, będące najważniejszym punktem programu wyborczego Konrada Fijołka, nazywane dla wywołania epokowego efektu „Konstytucją Przestrzenną”, również nie pozostaje bez wad.
I wcale nie chodzi jedynie o konflikt społeczny i karczemną awanturę o respektowanie z jednej strony świętego prawa własności gruntu, z drugiej zaś o wystarczającą powierzchnie terenów zielonych w mieście lecz o sam sposób przygotowania i prezentacji tego dokumentu, który przynajmniej w teorii ma za zadanie w sposób świadomy i uporządkowany wyznaczać na najbliższe trzy dekady kierunkowość rozwoju przestrzennego miasta. O ile gniew mieszkańców uda się najpewniej ograniczyć, bo wbrew pozorom nie jest to wcale takie trudne, o tyle błędnych założeń w oparciu o które przygotowano ten dokument i odwrócenia logiki planowania rozwoju tak łatwo zatrzeć się nie da. Przystępując bowiem do przygotowania tak fundamentalnego dokumentu najpierw ustala się cele strategiczne miasta a dopiero później kształtuje się przestrzeń, zgodnie przyjętymi priorytetami. Te cele strategiczne powinny być jasno i precyzyjnie określone  w nowej, przystającej do teraźniejszych realiów strategii rozwoju miasta. Tymczasem nasz „przełomowy” projekt studium, przygotowany w trakcie dwóch lat intensywnych prac bezkrytycznie odwołuje się do wytycznych, które owszem zdefiniowano, ale w strategii z 2015 roku, dawno nieaktualnej, nierealizowanej i takiej której termin ważności upływa za dwa lata. Czytając załącznik tekstowy do projektu studium ma się wręcz wrażenie, że nie jest to dokument stricte planistyczny, ale zwykła inwentaryzacja stanu posiadania Rzeszowa.

O wszystkich swoich posunięciach Prezydent Fijołek oczywiście szeroko informował społeczeństwo. Znacząco rozbudowany w porównaniu do poprzednika dział komunikacji społecznej, wysokie miejsca w rankingach aktywności medialnej samorządowców, obecność na wszystkich wydarzeniach organizowanych w mieście i wreszcie średnio trzy wpisy dziennie na prezydenckich profilach społecznościowych to tak naprawdę rzeczywisty wymiar tej prezydentury. Trzeba jasno powiedzieć, że skuteczności administracyjnej w operowaniu SŁOWEM nowy Prezydentowi opanował do perfekcji. Należy jednak zacząć się zastanawiać kiedy te wszystkie słowa zaczniemy wreszcie przekuwać w konkretny, menadżerski a nie polityczny czyn, bo póki co to o roku prezydentury Konrada Fijiołka można jedynie powiedzieć, tylko tyle, że spośród głównych wyzwań rozwojowych Rzeszowa to z sukcesem zmierzył się on póki co jedynie z publikacją niespotykanej w rzeszowskich realiach liczby postów prezentujących własną podobiznę.

Michał Wróbel

Podziel się z innymi:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *